Prezes złotej ery kotwy

Minolta DSC

Janusz Lubiński

Rocznik 1946

Wzrost 176 cm

Pozycja rzucający

Kluby: 1961 r. „Mewa” Kołobrzeg piłka nożna, 1962 r. -1965 r.   koszykówka szkolna w liceum, 1965 r. – 1967 r. ZNP Kołobrzeg III liga piłka ręczna, 1991 r.-2004 r. speaker Kotwicy Kołobrzeg koszykówka i piłka nożna, 2005 r. członek zarządu Kotwicy, 2005 r. – 2008 r. Prezes Zarządu Kotwicy

 

Edward Stępień (ES): Jaką przebyłeś drogę aby dojść na szczyt władzy w kołobrzeskiej Kotwicy?

Janusz Lubiński (JL): Jestem rodowitym kołobrzeżaninem. Byłem 13 dzieckiem, które urodziło się w Kołobrzegu po wojnie. Ojciec pochodził ze Spytkowic koło Rabki, a mama z Nowego Sącza. Najpierw mieszkali w Krakowie, a następnie ojciec w 1945 r. przyjechał do Kołobrzegu, a mama kilka miesięcy później. Zajmowaliśmy mieszkanie kwaterunkowe na ulicy Koszalińskiej. Najpierw chodziłem do jedynej kołobrzeskiej szkoły numer 1, a później chodziłem jeszcze do dwóch innych. Maturę zdałem w liceum ogólnokształcącym, które obecnie nosi imię Kopernika. W tym czasie intensywnie grałem w koszykówkę w szkolnej drużynie. W latach 1965 -1967 r. pobierałem nauki w Studium Nauczycielskim w Kołobrzegu na kierunku geografia i zajęcia praktyczno-techniczne. Utworzyliśmy sekcję piłki ręcznej, która z powodzeniem występowała w III lidze. W SN zetknąłem się z Bernardem Woltmannem, u którego pisałem pracę dyplomową. Później Profesor Woltmann przeniósł się do Gorzowa Wielkopolskiego i był wykładowcą na tamtejszym AWF-ie. W 1974 roku ukończyłem AWF w Gorzowie Wielkopolskim. W międzyczasie pracowałem jako nauczyciel w Szkole Podstawowej nr 5 w Kołobrzegu i prowadziłem SKS-y. Moim wychowankiem był Janusz Gromek, który miał talent do gry w siatkówkę. W tym czasie były prowadzone na szeroką skalę rozgrywki międzyszkolne w różnych dyscyplinach sportowych. W latach 1974-1982 r. byłem Komendantem Hufca ZHP w Kołobrzegu, a następnie przez pięć lat pływałem na statkach dalekomorskich w firmie „Transocean”. Dwukrotnie będąc na Falklandach spotkałem Jacka Szczepańskiego, naszego zawodnika. Od 1989 r. do chwili obecnej prowadzę działalność gospodarczą „Camping Baltic”.

 

ES: Ze wstępnych informacji wynika, że przez 15 lat byłeś speakerem na meczach Kotwicy, powiedz jaka była atmosfera w hali Rycerskiej i w hali Milenium?

JL: W latach 90 Kotwica rozgrywała mecze w hali Rycerskiej przy ul. Wąskiej. Graliśmy w tym czasie w II Lidze i przychodziło bardzo wielu kibiców, a miejsc było mało. W pewnym momencie zwiększono ilość miejsc poprzez wybudowie z trzech stron hali balkonu. Na meczach regularnie było 500 widzów, którzy robili niezwykły doping. Widzowie siedzieli przy samej linii i zadaniem sędziego było pilnowanie żeby kibice nie wystawiali nóg poza linię boiska. W 2000 r. jesienią zaczęliśmy grać w hali Milenium i łączyło się to z naszym awansem do I ligi. Koszykówka stała się najbardziej popularną dyscypliną sportu w Kołobrzegu.

 

ES: W jakich okolicznościach ze speakera stałeś się członkiem zarządu?

JL: Po awansie do I ligi Kotwica cały czas borykała się z trudnościami finansowymi. Apogeum tych trudności były lata 2004-2005. Opowiadał o tym szeroko twój poprzedni rozmówca Krzysztof Gierszewski. Wspominał, że zarówno kiedy przyjmował stanowisko prezesa jak i w momencie rezygnacji,  kasa była pusta, a długi ogromne. Nikt nie chciał zostać prezesem, bo było to szalenie trudne. Wszedłem do zarządu wspólnie z Bogdanem Łazarczykiem, Piotrem Pasikowskim, Piotrem Szczepanikiem i Witoldem Rogożą. Uzgodniliśmy później, że na okres przejściowy prezesem zostanie Piotr Szczepanik. Razem z Bogdanem Łazarczykiem zajęliśmy się głównie finansami klubu. Cały zarząd podejmował intensywne prace aby pozyskać nowych sponsorów. W trakcie sezonu odeszło kilku zawodników, gdyż denerwowały ich zatory płatnicze. Pomimo ogromnych problemów finansowych drużyna pod kierownictwem Koli Tanasejczuka spisywała się znakomicie i wywalczyła w twardym boju awans do ekstraklasy.

 

ES: Wiele razy rozmawiałem z Romkiem Czarneckim o aferze nazywanej „aferą czerwonej marynarki” lub „aferą śledziową”. Niestety Roman już nie może się na ten temat wypowiedzieć, więc pytam o to osobę, która była w centrum wydarzeń.

JL: „Afera czerwonej marynarki” była tak nazywana, bo znakiem rozpoznawczym Romana Czarneckiego była noszona przez niego czerwona marynarka. Kiedy graliśmy decydujące mecze o wejście do ekstraklasy z Kwidzyniem to działacze tamtego klubu zarzucili sędziom, że są nieobiektywni, gdyż przyjęli śledzie od Romana, który był  kierownikiem drużyny. Zarzut był absurdalny, o żadnej łapówce nie mogło być mowy. Nie mogę wykluczyć, że Roman sędziom dawał drobne upominki i mogło się zdarzyć, że był to słoik śledzi. Mówienie o tym w kontekście łapówki jest niepoważne. Sędziowie nie wypaczyli ostatniego wyniku rozegranego  meczu i na pewno prowadzili zawody w sposób obiektywny.  Jeżeli zdarzyły im się błędy to w każdym meczu możemy się ich doszukiwać. Zachowanie działaczy z Kwidzynia, którzy nie pozwolili swoim zawodnikom wyjść na parkiet i rozstrzygnąć losów awansu w sportowej walce było działaniem karygodnym i tak zostało to ocenione przez władze Polskiego Związku Koszykówki, który przyznał nam walkowera.

 

ES:  Przypomnę Ci nazwiska zawodników, którzy wywalczyli awans do ekstraklasy: Grzegorz Radwan (kapitan), Artur Bajer, Jacek Gibalski, Marcin Juszczak, Paweł Kikowski, Robert Małecki, Łukasz Marek, Sławomir Nowak, Dawid Witos, Łukasz Wichniarz, trener Mikołaj Tanasejczuk, asystent Artur Gliszczyński. Jest awans ale problemów nie ubyło, a wprost przeciwnie przybyło, gdyż trzeba było zgromadzić jeszcze większe fundusze. W czerwcu 2005 r. tuż po awansie zostałeś wybrany na prezesa. Czy nie miałeś obaw, że przygoda z ekstraklasą zakończy się po jednym roku kompletnym bankructwem?

JL: Oczywiście, że miałem takie obawy, bo wiedziałem co działo się w poprzednich latach. Nie mieliśmy poza Miastem Kołobrzeg, żadnego dużego strategicznego sponsora. Postanowiliśmy przede wszystkim wzmocnić zarząd o przedstawicieli miasta. Do nowego zarządu oprócz mnie, Łazarczyka i Rogoży weszli Czesław Klimczak oraz Henryk Bieńkowski. Bogdan Łazarczyk został skarbnikiem i było to najbardziej odpowiedzialne zadanie, wiążące się z pozyskaniem pieniędzy na grę w ekstraklasie. Na początku mieliśmy problem z obsadą trenera, nie doszliśmy do porozumienia z Kolą Tanasejczukiem. Pamiętam, że ja osobiście bardzo chciałem aby dalej prowadził drużynę. Niestety nie doszło do podpisania kontraktu. Pozyskaliśmy dobrego trenera Wojciecha Krajewskiego, który głównie w oparciu o krótkie filmiki kompletował zawodników z zagranicy. Wiele naszych wyborów było kompletnie nietrafionych. Pamiętam, że jeden z obcokrajowców okazał się narkomanem, inny przyjechał z ogromną nadwagą, a jeszcze inny był kontuzjowany i niezdolny do gry. Wielu nie miało oczekiwanych przez nas umiejętności koszykarskich. Te sprawdzenia były bardzo kosztowne, gdyż opłacaliśmy bilety lotnicze i ponosiliśmy inne koszty związane z przyjazdem. Jako klub nie mieliśmy doświadczenia w grze na najwyższym poziomie. Z dużymi kłopotami skompletowaliśmy drużynę i ekstraklasa ruszyła.

 

ES: Gra na najwyższym poziomie ekstraklasy wymaga dobrej organizacji. Czy możesz zdradzić ile zarabiałeś jako prezes?

JL: Wszystkie moje funkcje, które wykonywałem w Kotwicy spełniałem całkowicie społecznie i nigdy w okresie od 1991 do 2008 roku nie otrzymałem żadnego wynagrodzenia. Pełnienie funkcji prezesa wymagało ogromnego nakładu pracy z mojej strony. Proszę pamiętać, że prowadziłem jednoosobową działalność gospodarczą i praca w klubie powodowała, że zaniedbywałem własny interes. W związku z tym uzyskiwałem mniejsze dochody niż mógłbym osiągnąć, gdyby nie moje zaangażowanie w klubie. Często się zdarzało, że w sytuacjach gardłowych, gdy brakowało pieniędzy w kasie, a trzeba było natychmiast ponieść wydatki, wykładałem swoje środki. W większości nie odzyskałem tych pieniędzy.

 

ES: Porozmawiajmy o sponsorach. Na jakiej bazie finansowej opierała się koszykówka?

JL: Gra w ekstraklasie to nie jest amatorskie uprawianie sportu ale sport zawodowy. Żadna drużyna w Polsce nie może bazować na swoich wychowankach, bo jest to niemożliwe. W ekstraklasie grało kilku naszych wychowanków tj. Rduch, Kikowski, Bręk i Juszczak. Po wyjściu z wieku juniora widzieli swoją przyszłość jako zawodowi koszykarze, a więc i im trzeba było płacić wynagrodzenie. Przed każdym sezonem najtrudniejszym momentem było przygotowanie budżetu tj. zaplanowanie wydatków i przychodów. O ile wydatki można było w miarę precyzyjnie policzyć to z przychodami były większe trudności, gdyż były to kwoty niepewne. Największym naszym sponsorem było Miasto Kołobrzeg. Przez ostatnie 20 lat pomimo, że w Radzie Miasta zasiadały różne osoby to zawsze jedynie część z nich dostrzegała potrzeby koszykówki. Kontakty z Radnymi polegały na ciągłym przekonywaniu ich do finansowania klubu i zawsze rozmowy te były bardzo trudne. W znacznie mniejszym zakresie finansował nas Powiat Kołobrzeski oraz spółki miejskie. Staraliśmy się w jak największym stopniu pozyskać średnich bądź drobnych sponsorów. Były to nieustające rozmowy, że sponsorowanie koszykówki jest potrzebne i opłacalne. Lista sponsorów ulegała ciągłym zmianom, jedni odchodzili, drudzy przychodzili. Z perspektywy czasu chciałbym wszystkim przyjaciołom koszykówki złożyć serdeczne podziękowania za pomoc w prowadzeniu klubu.

 

ES: Dlaczego nie udało się pozyskać strategicznego sponsora?

JL: Oczywiście przez cały okres mojej pracy w zarządzie Kotwicy, robiliśmy wszystko co możliwe aby pozyskać strategicznego sponsora. Prowadziliśmy wiele rozmów z firmami, które mogłyby pełnić tę rolę. W wielu przypadkach zabrakło politycznej woli, czy to ze strony władz miasta czy też  polityków z naszego regionu, którzy zasiadali w Sejmie i Senacie. Brak było z ich strony należytego wsparcia. Wiele osób duże nadzieje wiązało z objęciem przez kołobrzeżanina Jacka Krawca funkcji członka zarządu, a następnie prezesa „Orlenu”. Jednakże powiedział on nam, że na polecenie zwierzchników sponsoruje całe dyscypliny sportowe bądź olimpijczyków i nie może zajmować się poszczególnymi klubami. Po moim odejściu podejmowane były dalsze próby ale jak wiemy nie przyniosły one żadnych rezultatów.

 

ES: Co spowodowało, że zrezygnowałeś z pracy w Zarządzi i pełnienia funkcji Prezesa?

JL: Przyczyn było wiele. O jednej już mówiłem, tj. że zaniedbałem moją działalność gospodarczą oraz rodzinę. Pod koniec pracy w zarządzie zostałem praktycznie sam i nie miałem żadnego wsparcia. Ciągła walka o pozyskanie pieniędzy wyczerpała moje siły. Byłem w ustawicznym stresie, gdyż cały czas ich brakowało. Jak wspominałem nieraz musiałem wykładać własne pieniądze. Tymczasem w internecie spotykałem się z wrednym hejtem, że defrauduję pieniądze, a nawet, że jestem złodziejem. Było to dla mnie niezwykle krzywdzące. Nie zamierzałem odpowiadać hejterom, bo i tak nic by to nie dało. Uważam, że zostawiłem klub dobrze zorganizowany. Pozyskałem jako trenera Machowskiego, który znakomicie się spisał. Drużyna była prawidłowo skompletowana i odniosła największe sukcesy w historii kołobrzeskiej koszykówki tj. zdobyła Puchar Polski i była notowana w pierwszej setce najlepszych europejskich klubów koszykarskich.

 

ES: Dziękuję za rozmowę. Niestety nie wszystko o czym rozmawialiśmy udało się zamieścić w tym tekście. Chciałbym Ci podziękować za wiele lat wspaniałej pracy dla kołobrzeskiej koszykówki. Do zobaczenia na meczach naszej Kotwy. Być może dożyjemy ponownego wzniesienia Kotwicy, na wyżyny na jakich była w 2009 roku.

 

Edward Stępień

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*