Wywiad ze Zdzisławem Kaczmarkiem. Byłym zawodnikiem i działaczem Kotwicy

Jak rozpoczęła się Pana przygoda z koszykówką i w jakich latach grał Pan w barwach Kotwicy?

Chodziłem do bardzo sportowego liceum, gdzie grałem w piłkę nożną. Ja zaczynałem swoją grę w koszykówkę tak naprawdę na studiach w Poznaniu. Tam zacząłem grać w lidze międzyuczelnianej i pamiętam jak graliśmy z Politechniką  Poznańską, a w drużynie tej grał między innymi Hubert Wagner (siatkarz, trener siatkarski). Zapamiętałem go dlatego, że był wysoki i zbierał, ale jak rzucał wolne to z dwóch rąk. Do Kołobrzegu przejechałem w lipcu1965 roku w ramach stypendium gdzie wyznaczono mi pracę. Od sezonu 1965/66 zacząłem grać w Kotwicy do 1977 roku. Potem sędziowałem z około 10 lat.

Wiemy, że w większości były to rozgrywki koszalińskiej Klasy A. Proszę powiedzieć w jakiej hali rozgrywano wtedy mecze i jakim zainteresowaniem kibiców cieszyły się mecze koszykówki w Kołobrzegu w tamtych latach?

Mecze rozgrywaliśmy w sali Studium Nauczycielskiego gdzie dzisiaj mieści Zespół Szkół Ekonomiczno-Hotelarskich. W SN był kierunek wychowania fizycznego i właśnie tam była drużyna piłki ręcznej, ale grała na innej Sali. Właśnie dzięki kierunku wychowania fizycznego na SN mieliśmy spore zasilenie w postaci takich zawodników jak Janusz Płaczek, który był również graczem piłki nożnej i grał jako bramkarz. Warto wspomnieć również Adama Kaniewskiego świetnego rozgrywającego. W Sali Studium Nauczycielskiego trenowała, grała drużyna siatkówki kobiet, mężczyzn (Wybrzeże Kołobrzeg) nasza drużyna seniorów oraz juniorów i wszyscy potrafiliśmy pomieścić się w tej Sali. Nasze mecze cieszyły się dużym zainteresowaniem. Kibice siedzieli za parkietem oraz na małym balkonie. Jeśli chodzi o liczbę kibiców to mieściło się maksymalnie 200 ze względu na ilość miejsc.

Czy za reprezentowanie barw Kotwicy otrzymywaliście jakieś wynagrodzenie, czy była to pasja, wolontariat?

Pełen wolontariat. Poza dietami nie było nic, a czasami nie wystarczało na kolację. Na mecze jeździliśmy mikrobusem albo dwoma taksówkami. Taksówkarze często za darmo nas wozili. Bywało tak, że jeździliśmy na ostatni moment i w taksówce się przebieraliśmy na mecz nawet w zimę, a na miejscu byliśmy na 15 minut przed spotkaniem. Raz jechaliśmy do Koszalina na mecz samochodem, który jeszcze śmierdział rybami tylko z plandeką a było -15 stopni mrozu  to zanim my się zdążyliśmy rozgrzać to było już po spotkaniu. Zapewnione mieliśmy stroje, dlatego kiedyś ten klub nazywał się Barka, ponieważ dawali oni jakieś fundusze. Mieliśmy drobnych sponsorów między innymi Bałtywia, firmy związane z rybołówstwem. Niektóre dyscypliny nie były w ogóle finansowane.  My otrzymywaliśmy jako klub pieniądze z wojewódzkiej federacji sportu na łucznictwo, ponieważ była to dyscyplina olimpijska, a na dodatek mieliśmy wyniki w postaci mistrza polski. Drobne finansowanie było również na lekkoatletykę i to pojedynczych zawodników jak Ryś rekordzista polski w rzucie młotem. Na koszykówkę i piłkę nożną nie otrzymywaliśmy żadnych środków. Potem były tarcia między sekcjami o podział tych środków.

Czy mógłby Pan, wymieć kilka nazwisk wyróżniających się zawodników z czasów Pana gry w Kotwicy?

Stefan Ruszkowski, który przyjechał z Torunia na co dzień budowlaniec, kapitan drużyny, który przyjechał z koszykówką z Poznania Andrzej Soszyński, Roman Kałachurski, Robert Sać, Henryk Krupiak, Janusz Bernart, który przyszedł z Iskry Białogard, a potem był trenerem. Był też nauczycielem wychowania fizycznego w technikum rybołówstwa skąd ściągał do Kotwicy rosłych zawodników. Jego drużyna z technikum w skali kraju zajmowała wysokie miejsca. Takim wyróżniającym się zawodnikiem był również Andrzej Wysocki lekarz, który jako pierwszy miał blisko 2 metry (196 cm) wzrostu. Tylko on miał bardzo duży dylemat czy grać w brydża, czy w kosza i musiał łączyć. Niezła była tutaj drużyna brydżowa. To było duże wzmocnienie.

Wiemy, że po zakończeniu kariery sportowej był Pan wieloletnim działaczem klubu, wiceprezesem, kierownikiem, członkiem zarządu. Proszę powiedzieć kilka zdań o Pana pracy na rzecz Kotwicy.

O swojej pracy trudno powiedzieć. Zostałem członkiem zarządu już jako zawodnik. Było to około 1970 roku. Wiceprezesem byłem w momencie kiedy zostałem szefem Bałtywi. Około 20 lat byłem wiceprezesem klubu. Zaangażowałem się, bo lubiłem to po prostu. W czasach spółki koszykarskiej Kotwicy Kołobrzeg byłem jednym z szefów tak zwanej rady sponsorów.

W roku 1997 dwie sekcje piłkarska i koszykarska postanowiły się rozdzielić. Proszę powiedzieć czy z perspektywy tych ponad 20 lat była to słuszna decyzja czy wręcz przeciwnie?

Na pewno wtedy głosowałem przeciwko. Teraz z perspektywy czasu patrząc cele były różne, a finansowanie każda sekcja musiała sobie załatwiać. Wielosekcyjność to nie była potęga i to nie był argument. Najpierw lekkoatletyka odeszła, potem łucznictwo. Jeśli chodzi o podział było to nieuniknione. Większe kluby od Kotwicy to robiły jak Zawisza, Legia. Dobrze, że stało się to akurat w tamtym okresie bez większych zatargów.

Przed nami 70 sezon koszykówki w Kołobrzegu. Czy przychodzi Pan na halę, czy śledzi obecne losy Kotwicy?

Oczywiście. Mam nawet aktualny karnet. Chodzę na mecze mam swoje miejsce już od wielu lat, a obok mnie siedzi Robert Sać i kolega. Przed nami jest też trzech starszych zawodników. Posiadam też darmowe wejście na mecze piłkarskiej Kotwicy, które otrzymałem na obchodach 60-lecia w 2006 roku.

Dziękujemy za bardzo ciekawy wywiad i oczywiście zapraszamy na wystawę, memoriał oraz kolejny sezon miejmy nadzieje z kibicami.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*